A miało być tak pięknie, czyli o rozczarowaniach: Balm Balm

25 stycznia 2017
Komentarze: 11

Rzadko zdarza mi się pisać negatywne recenzje, ale to nie dlatego że nie chcę nikomu robić przykrości 😉  Po prostu dobieram kosmetyki tak, że się u mnie sprawdzają. A może mam po prostu szczęście? W każdym razie nie w tym przypadku. Z opisywanym dziś produktem wiązałam duże nadzieje, jednak nie zaiskrzyło między nami, a wręcz przeciwnie… Jeśli słyszałyście o balsamie do ust Balm Balm i myślicie czy po niego sięgnąć, czytajcie dalej. Bo ja, wbrew przeczytanym przed zakupem opiniom, nie polecam tego robić.

W teorii wszystko powinno być super, w praktyce okazuje się że nic nie jest. Dawno jakiś produkt tak mocno nie zawiódł moich oczekiwań! Zawsze zanim wydam opinię o konkretnym kosmetyku, zwłaszcza negatywną, najpierw zastanawiam się czy na pewno dobrze go stosuję. Czy może być jakiś powód dla którego akurat u mnie się nie sprawdza. Tutaj nie potrafię go znaleźć.

Kupując ten balsam sugerowałam się opiniami na stronie drogerii. Dotyczą tego samego wariantu, jedynie w różnej pojemności; 30 ml lub 10 ml. Ocen jest kilkanaście, nie ma żadnej niezadowolonej osoby! Mimo wszystko, ja mam odmienne zdanie i chcę się nim z Wami podzielić.

Opis producenta:

Zacznijmy od tego co obiecuje producent:

Balsam do ust zrobiony z prostych naturalnych składników, z których wszystkie pochodzą z upraw ekologicznych. Jest wielofunkcyjny i może być stosowany do wygładzenia, nawilżenia, odżywienia i zmiękczenia nie tylko ust, ale także innych części ciała jak skórki rąk, łokcie, policzki czy pięty. Jest w 100% ekologiczny i naturalny, nie zawiera żadnych sztucznych dodatków, ani nawet naturalnych konserwantów. Inaczej niż w przypadku konwencjonalnych balsamów do ust zawierających pochodne petrochemiczne, które tworzą nieprzepuszczalną warstwę na skórze uniemożliwiając jej normalne oddychanie, ten ekologiczny balsam jest z łatwością wchłaniany, dzięki czemu odżywia i nawilża usta.

Z uwagi na fakt, że kosmetyki Balm Balm nie zawierają żadnych konserwantów (nawet tych pochodzenia naturalnego) ich konsystencja jest raczej maślana, nie kremowa. Ma to związek z tym iż nie zawierają wody, dzięki czemu konserwanty są zbędne.

Wszystko więc zapowiada się pięknie…

INCI:

butyrospermum parkii (shea butter), helianthus annuus (sunflower oil), pelargonum graveolens (rose geranium essential oil), cera alba (beeswax), calendula officinalis (calendula oil), simmondsia chinensis (jojoba oil)

Produkt nie zawiera wody ani konserwantów (nawet tych pochodzenia naturalnego).

W składzie też nie ma się do czego przyczepić… (ewentualnie weganie mogliby do wosku pszczelego).

Cena:

Za 10 ml wersję w tubce zapłacimy 27,99 zł, za 30 ml w słoiczku 49,99 zł i uważam że to już naprawdę sporo. Ale ok, skład broni się sam, więc można ją usprawiedliwić. Tyle że moim zdaniem to produkt niewart tych pieniędzy, bo zwyczajnie nie działa tak jak powinien.

Moje odczucia:

Skoro wszystko brzmi tak świetnie, co mam mu do zarzucenia?

Po 1: zapach

Mój ukochany, różany zapach został mi mówiąc wprost obrzydzony. Nie wiem co z nim jest nie tak, może nie to że jest chemiczny, ale jest go jakby za dużo. Może dlatego jest taki mocny, bo w składzie znajdziemy esencję z olejku różanego? W opiniach na stronie ktoś słusznie zauważył że żałuje sięgnięcia po tą wersję zapachową. Ja też chyba wolałabym z dwojga tę bez zapachu, przynajmniej nie cierpiałabym wąchając róże w wersji w której ciężko mi ją znieść – używałam już wielu kosmetyków różanych i to pierwszy taki przypadek. Naprawdę szkoda.

Po 2: konsystencja

W opisie czytamy, że: „konsystencja jest raczej maślana, nie kremowa. Ma to związek z tym iż kosmetyki te nie zawierają wody, dzięki czemu zbędne są konserwanty.” Ok, fajnie że nie zawierają wody, świetnie że nie mają konserwantów! Ale… w życiu to nie jest maślana konsystencja! Chyba że masła leżącego na 30 stopniach poza lodówką… Nie spodziewałam się zbitego masełka, ale to jest płynny olejek. Lubię takie kosmetyki-tłuścioszki, nie przeszkadza mi to, a wręcz taka konsystencja jest dla mnie zadowalająca, ale nie w tym przypadku (patrz punt poniżej).

konsystencja

Po 3: działanie

A raczej jego brak. Odnoszę bowiem wrażenie, że ten balsam nie robi… zupełnie nic. Przez oleistą i lejącą się konsystencję ześlizguje się z ust po nałożeniu, trochę siłą rzeczy zostaje zjedzone a ta resztka która na nich zostanie nie robi… po prostu nic! Nie mam ust bardzo wysuszonych, jednak po takim produkcie spodziewałabym się że będą miększe, odżywione, zregenerowane. Niestety. Wydaje mi się że ten brak skuteczności jest spowodowany tym, że on nie chce się wchłonąć. Próbowałam go stosować też na skórki paznokci, nie zauważyłam spektakularnego rezultatu.. Nie mam akurat suchych łokci, więc nie sprawdzę czy chociaż tam by coś zdziałał. Inna sprawa że kupiłam go z przeznaczeniem do ust, trochę szkoda takiego wcale nietaniego produktu na smarowanie łokci (do których zresztą w razie potrzeby użyłabym innego specyfiku).

Jak widzicie niestety nie mogę powiedzieć o nim nic dobrego, choć naprawdę bardzo bym chciała, bo wiązałam z tym produktem duże nadzieje! Tak więc mimo wielu zachwytów, nie dołączę do grona fanek. Wciąż moją ukochaną pomadką zostanie peelingująca z Sylveco, a balsamem na usta żurawinowy Mokosh. Odechciało mi się eksperymentów w tym temacie na jakiś czas!


Ciekawa jestem czy zdarza się, że dany produkt zupełnie Wam nie pasuje, mimo że na jego temat krążą same pozytywne opinie? Pamiętacie swoje największe kosmetyczne rozczarowanie?

  • Faktycznie ma dziwną konsystencję, nie wygląda to ciekawie 😉

    • No nie… spodziewałam się czegoś zgoła innego :/

  • Szkoda, ze taki słabeusz z niego :/

    • Szkoda.. do bani wręcz! 😉

  • Ilona Cz

    W składzie jest olejek z pelargonii a nie z róży, wiec nic dziwnego że paskudnie pachnie;)

    • Właśnie, to wiele wyjaśnia….

  • Uwielbiam zapach róż, ale nie jestem w stanie korzystać z kosmetyków o tym zapachu, to nigdy nie jest to. Właśnie kończę hydrolat różany i choć uwielbiam jego działanie, bo działa o wiele lepiej niż nie jeden tonik czy płyn micelarny, to zapachu nie jestem w stanie wytrzymać. No dobra, już się do niego odrobinę przyzwyczaiłam, ale nie mogę doczekać się, aż się skończy i wypróbuję czegoś nowego 😉
    Apropos Mokosh żurawinowy, bardzo mi on chodzi po głowie, oj bardzo, czyli polecasz? 🙂

    • Ohhh.. ja lubię w kosmetykach, woda różana Make Me Bio to jest to! Ale dziewczyny mają rację że to olejek z pelargonii, a to już inna bajka. Mokosha polecam bardzo, nie bez powodu trafił do ulubieńców 🙂 pielęgnuje i pięknie po nim usta wyglądają, 2w1! I jest dość wydajny, a to ważne bo cena też niska nie jest. Ale w tym przypadku warto 🙂

  • Za cenę 10ml tego balsamu mam wielki słoik masła shea, które do suchych ust jest genialne! A w składzie jest olejek z pelargonii. Dystrybutor chyba źle przetłumaczył z angielskiego rose geranium nie czytając składu 😀

    • Właśnie, a ja się dałam nabrać! Zdecydowanie niewart tych pieniędzy, mam nadzieję że chociaż ktoś się nie natnie dzięki mojej recenzji.. 🙂

  • Pingback: Good bye January! |()

Close