Kwiecień nie zaczął się u mnie najlepiej, ale mówiąc w telegraficznym skrócie: idzie ku lepszemu. Co dokładnie mam przez to na myśli? Czytajcie dalej!
Ostatnie tygodnie to był istny zawrót głowy. Kwiecień przywitany gorączką 39 stopni, docieranie się rodzeństwa, ciągłe próby lepszego poznania potrzeb mojego synka. Nie było łatwo, przychodziły kryzysy (i na szczęście szybko mijały), ale przetrwaliśmy to jakoś i tak jak wspomniałam we wstępie, widzę światełko w tunelu. Jeszcze gdyby wiosna nie poszła sobie w siną dal… cóż, widocznie nie można mieć wszystkiego!
CHCIAŁABYM…
Spędzić weekend sama ze sobą. Nie być na każde zawołanie dzieci. Nie myśleć czy nic sobie nie zrobią, kiedy zasną i o której się obudzą. Niespiesznie jeść śniadanie, nie martwiąc się czy okruszki nie wylądują na głowie syna. Pić ciepłą kawę. Nie mówić co chwilę „delikatnie, on jest malutki” 😉 Tylko czy ja bym wytrzymała bez nich całe dwa dni? Świetnie podsumowała to wszystko Miss Ferreira w swoim wpisie Kochana zmęczona mamo. Przeczytajcie jeśli jesteście świeżo upieczonymi matkami, albo ciekawi Was co większość z nich czuje na początku tej pięknej i trudnej zarazem roli.
CZUJĘ…
Zmęczenie i szczęście. Jednocześnie albo na zmianę. Wiem że moje ostatnie Tu i teraz są mocno skupione na temacie dzieci, ale co zrobić skoro moje życie kręci się przede wszystkim wokół nich. Przyznam że początki podwójnego macierzyństwa są nieco trudniejsze niż sobie wyobrażałam, ale powoli wychodzimy na prostą. W chwilach zwątpienia zawsze myślę o tym, że wiecznie mali nie będą, więc trzeba korzystać póki Mama jest centrum Wszechświata.
SŁUCHAM…
Siebie. Staram się w tym codziennym kołowrotku nie zapominać o swoich potrzebach. Wybrałam się ostatnio do fryzjera, a wczoraj w końcu zebrałam się żeby pomalować paznokcie. Tak, to również jest nie lada wyzwanie! Staram się też zwyczajnie nie zaniedbywać. Nie snuję się w piżamie do południa (co to to nie, czuję się wtedy jakbym była chora), czasem się umaluję a nawet nałożę czerwoną pomadkę, a co! Ostatnio zupełnie spontanicznie wyskoczyłam na kawę. Pobyć sama ze sobą. Nie macie pojęcia jaka stęskniona biegłam do domu! Czasem takie wyjścia są na wagę złota i nie trzeba wiele żeby bardzo odetchnąć.
zdjęcie sprzed wizyty u fryzjera, ale w sumie niewiele się zmieniło (krótszy tył), bo zapuszczam włosy :)
POTRZEBUJĘ…
Tym razem prozaicznie – nowych spodni i butów. Tylko kiedy ja się wybiorę na shopping, oto jest pytanie. Nie chcę robić zakupów on-line, wolę zmierzyć i nie bawić się w odsyłanie, wymianę rozmiarów. Nie mam na to czasu!
PRACUJĘ NAD…
Nawykami żywieniowymi. Jest coraz lepiej, co niestety z niewiadomego mi powodu nie przekłada się na ubytek wagi czy centymetrów, ale widocznie muszę uzbroić się w cierpliwość. Na pewno brakującym ogniwem jest ruch, taki z prawdziwego zdarzenia, jednak na razie odpuszczam. Za mało jeszcze śpię, żeby dawać sobie wycisk na siłowni. Chcę zacząć od lekkich treningów w domu i mam nadzieję że za moment uda mi się je rozpocząć.
CIESZĘ SIĘ…
Nie cieszę się. Jestem najszczęśliwsza pod słońcem, że w końcu odważyłam się sięgnąć po chustę do noszenia dziecka. Nie wiem czemu się tak przed nią wzbraniałam. Chyba wydawało mi się to strasznie trudne, żeby zamotać w niej to nietrzymające główki maleństwo, nie robiąc mu przy tym krzywdy. A to wcale nie jest trudne! Nie wspomnę o tym jak bardzo ułatwia codzienność z taką przylepą jaką jest mój syn. Chusta to mój niekosmetyczny ulubieniec wszech czasów, ona po prostu ratuje mi życie. Mogę z nim wtulonym i smacznie śpiącym zrobić coś do jedzenia, rozwiesić pranie a nawet się umalować. Oto dowód!
TĘSKNIĘ ZA…
Tak, za wiosną! Która przyszła, narobiła nam nadziei i zniknęła gdzieś daleko. Dokładnie tydzień temu było tak ciepło, że moje dwumiesięczne dziecko wystąpiło BEZ CZAPECZKI! Dla tych z Was które nie wiedzą – takie małe dzieci powinny nosić czapeczkę zawsze. Zdaniem wszystkowiedzących starszych pań lepiej żeby miało ją nawet w największym upale, w końcu nigdy nie wiadomo z której strony zawieje złowieszczy wiatr! Nie zamierzam jednak z tego tytułu ugotować syna na miękko. Dobrze że za drugim razem ma się więcej luzu i zaufania do swoich decyzji 😉
UCZĘ SIĘ…
Swojego synka. To niesamowite jak bobasy różnią się między sobą. Ciągle łapię się na tym, że porównuję brata z siostrą, a im szybciej przestanę tym lepiej dla mnie. Muszę przestać przywoływać w pamięci jaka Zosia była w jego wieku, tylko skupić na obserwowaniu jaki jest on. Niby oczywiste, ale nie tak łatwo tego porównywania uniknąć. Przyznam że już po dwóch miesiącach widzę u nich sporo podobieństw ale też całe mnóstwo różnic i to takich znaczących.
JESTEM WDZIĘCZNA ZA…
Za cóż innego, jeśli nie za zdrowie. Swoje i najbliższych. Na początku miesiąca boleśnie odczułam co znaczy je na chwilę stracić. Chorowanie w ciąży, czy przy opiece nad maluchem jest trudnym doświadczeniem. Nie można się leczyć przez wzgląd na dobro dziecka, a mając niemowlaka nikogo nie obchodzi ile masz gorączki, wstać nakarmić w nocy o północy trzeba. Szczerze mówiąc wolę o tym zapomnieć, bo było naprawdę ciężko. Skupiam się więc na wdzięczności za to, że dość szybko wróciłam do sił.
CZYTAM…
Wciąż jedyne na co mnie stać to gazety. „Sens” i „Uroda życia” to moje ulubione tytuły. Ale mam na oku kilka książek po które chciałabym sięgnąć (zresztą wypatrzonych w wymienionych magazynach). Może jak już je kupię to i magicznym sposobem czas na czytanie się znajdzie?
OGLĄDAM…
Średnio jeden film miesięcznie. W kwietniu był to dokument „Cały ten cukier”. Polecam Wam bardzo gorąco. To film w stylu „Super size me”, tyle że w tym przypadku główny bohater przeprowadził na sobie eksperyment dotyczący cukru właśnie. Bez problemu znajdziecie go on-line w sieci. Obejrzyjcie nawet jeśli nie przepadacie za słodyczami, bo to wcale nie tylko one stanowią problem a ‚zwykła’ żywność do której jest on dodawany w nadmiarze.
CZEKAM NA…
Czerwiec, kiedy czeka mnie wyjątkowy wyjazd do długo nie widzianej najbliższej rodziny! Bilety już kupione, odliczanie trwa.
A co u Was? Jak mija Wam kwiecień, jakie macie plany na drugą połowę miesiąca? Dajcie znać!
